Perlei - Portal Kobiet Szczęśliwych.
 
 
 
rozmiar czcionki:  A A A

Barcelona – miasto, które nie kładzie się spać

2010-05-09 00:00:00
Inaczej zwiedza się miasto podczas pierwszej wizyty w nim, inaczej, gdy widziało się już to i owo i wiadomo, czego się spodziewać. Barcelonę odwiedziłam po raz pierwszy dwa lata temu, tydzień temu znów wróciłam stamtąd. Obydwie wycieczki miały miejsce tuż po Wielkanocy, zieleń drzew była więc jeszcze świeża i soczysta.. A Barcelona potrzebuje każdego listka, każdej kępki trawy. W ścisłym centrum brakuje parków, by można było odpocząć od zgiełku ulic i tłumów turystów i mieszkańców. Dlatego tak oblegane są nieliczne obsadzone trawą i drzewami skwerki czy ławeczki postawione na ulicach pod platanami czy akacjami. 
Z czego słynie Barcelona? Nawet osoba, której stopa nigdy nie postała w tym mieście, słyszała o wielkim projekcie mistrza Gaudiego – o Sagrada Familia.



Kościół, budowany od kilkudziesięciu lat, wciąż nie jest wykończony. Ma się wrażenie, że pnie się w górę do nieba niczym wieża Babel, a wokół mieszają się języki zwiedzających, zaś kolejne fale imigracji – choć nie tak silne jak w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego wieku – zalewają miasto.
 Dawniej do Barcelony przybywali przede wszystkim Hiszpanie z innych rejonów kraju, dziś centralne dzielnice zajęli przybysze z Afryki Północnej, Pakistanu i Chin. W dalszych dzielnicach mieszkają imigranci z Ameryki Południowej, szczególnie z Ekwadoru i Argentyny. Nierodowici mieszkańcy Barcelony na dobre wpisali się już w pejzaż miasta. Mimo że na ogół słabo mówią po katalońsku, nie ma problemów, by dogadać się z nimi po hiszpańsku, wielu także mówi jako tako po angielsku. 







La Rambla cieszy się dziś w Barcelonie nienajlepszą sławą, choć każdy turysta stawia sobie za punkt honoru przejść się nią choć raz, oczywiście narzekając na innych turystów i kurczowo trzymając torebkę w obawie przed kieszonkowcami, którymi straszą władze miasta i turystyczne przewodniki. Na tym szerokim bulwarze najlepiej realizowane jest motto miasta „Barcelona należy do ciebie”. Obie strony ulicy zabudowane są osiemnastowiecznymi kamienicami, na samym bulwarze znajdują się kawiarnie, kioski z gazetami, pocztówkami i tandetnymi suwenirami. Idąc w stronę morza po lewej stronie mamy Barri Gòtic, starą dzielnicę pełną wąskich alejek i niespodziewanych skwerków i placyków, gdzie niektóre kościoły powstały jeszcze przed XV wiekiem. W południowej części dzielnicy znajduje się Gran Teatre del Liceu, jeden z najwspanialszych budynków operowych, gdzie koncerty dawały takie sławy jak José Carreras czy Montserrat Caballé. Bilety na najlepsze przedstawienia i najlepsze miejsca osiągają ceny blisko 200 euro, budynek zwiedzać można jednak za o wiele niższą sumę poza czasem koncertu. Po zachodniej stronie bulwaru Rambla znajduje się dzielnica Raval, dzielnica przybyszy spoza Europy. Jeśli ktoś szuka dobrej pakistańskiej knajpki, mięsa halal, czadoru czy tanich warzyw znajdzie je tu na pewno. Ta część miasta mieści też znakomite Muzeum Sztuki Współczesnej (MACBA), w którym obejrzeć można dzieła artystów, o których głośno na świecie, zaś przed budynkiem nastolatkowie wykonują ewolucje na deskorolkach czy rowerach, a młodzi Pakistańczycy oferują przechodniom marijuanę. Dochodząc do morza zbliżamy się do dzielnicy czerwonych latarni. Na Rambli królują transwestyci, w Raval – czarnoskóre dziewczyny wyglądają klientów. 






By zwiedzić czołowe zabytki secesji, które rozsławiły Barcelonę na całym świecie, trzeba zapuścić się dalej, na północ i zachód miasta, do eleganckiej dzielnicy L’Eixample. Niezwykłych budynków jest tam tak wiele, że wiele godzin trzeba spędzić, by choćby pobieżnie rzucić okiem na każdy z nich. Palau de la Música Catalana autorstwa Lluísa Domènecha i Montanera może zaprzeć dech w piersiach. Zbudowany na początku XX wieku budynek koncertowy oszałamia barwnymi mozaikami freskami i bajeczną architekturą. Bajki przychodzą zresztą na myśl nie raz podczas spaceru po L’Eixample. Faliste struktury budynków Gaudíego, który starał się naśladować naturę, głosząc: „W naturze nie ma linii prostych”, kojarzą się z onirycznymi ogrodami i łąkami i zamkniętymi w wieży księżniczkami. Myślącym rozsądniej – z falami morskimi, szczególnie, że morska kolorystyka nie była mistrzowi obca i wykorzystał ją wspaniale w Casa Battló. Mieszkańcy Barcelony mówią jednak na budynek casa dels ossos („dom kości”) albo casa del drac („dom smoka”), odwołując się do kościstych prętów balkonów i figury św. Jerzego i smoka na dachu. La Pedrera stanowi kolejny przykład niespotykanej kreatywności architekta. Oficjalnie budynek zwany jest Casa Milà i stanowił dawniej dom mieszkalny rodziny Milà. Wewnątrz mieści się muzeum poświęcone mistrzowi i znakomicie zachowane wielopokojowe mieszkanie zamożnej rodziny, którego zwiedzanie stanowi wielką atrakcję. Zachowane są nawet najdrobniejsze drobiazgi, od zabawek dziecięcych poprzez walizki podróżne, żelazko aż po bieliznę pościelową czy lorgnon, który pani domu zabierała zapewne do opery czy teatru. W L’Exaimple wiele jest także budynków zaprojektowanych przez innych cenionych artystów, takich jak wspomniany już Domènech i Montaner a także Puig i Cadafalch, jednak to dziedzictwo Gaudíego przyciąga największe tłumy – ironia losu, bo sam architekt za życia stronił od ludzi okropnie, a już najbardziej nie lubił osób w okularach... Te tłumy jadą nawet metrem, a potem wspinają się wysoko do Parku Güell, gdzie ceramiczne potwory i faliste ławki na wielkm balkonie wyłożone są różnokolową mozaiką maleńskich kafelków. Trudno jednak w parku znaleźć ustronne miejsce i opędzić się od sprzedawców tanich pamiątek. Najlepiej wybrać się tam o zachodzie słońca, wtedy wycieczek szkolnych nie ma tak wielu, a widok na miasto jest najpiękniejszy. Wtedy wychodzą też z kryjówek wcześniej niechętne tłumom koty i stanowią dowód, że turyści nie wystraszyli jednak bezpowrotnie wszystkich mieszkańców parku.








      Architekci secesyjni oddani byli polityce i państwu, stąd tak wiele pozostawili po sobie budynków użyteczności publicznej. Myślę, że chorowanie w Hospital de la Santa Creu i de Sant Pau, malowniczym szpitalu zaprojektowanym przez Domènecha i Montanera, którego 16 pawilonów miało swoją archtekturą podnosić na duchu pacjentów, musi być całkiem ciekawą przygodą (o ile, rzecz jasna, choroba nie jest tak ciężka, by uniemożliwić wychodzenie na dziedziniec i podziwianie kolorowych wieżyczek i drzewek pomarańczowych, na których dojrzewające owoce cieszą oko).
       Podróżny jednak, nawet jeśli architektura i sztuka stanowi jego największe hobby, nie może obyć się bez strawy dla ciała. W Barcelonie swój apetyt trzeba dostosować do ściśle przestrzeganych pór serwowania posiłków i godzin otwarcia restauracji i kawiarni. Śniadanie z reguły jest niewielkie i słodkie i choć nezasłużoną sławą cieszą się przeokropnie tłuste długie pączki churros, maczane w gorącej czekoladzie, prawdziwi Barcelończycy nie jedzą ich zbyt często (dużo więcej barów serwujących ten „przysmak” znajduje się w Madrycie). Obiad to poważna sprawa, często przynajmniej dwudaniowa. Po nim – obowiązkowa sjesta. Turysta może wspomagać się filiżankami kawy, ale jeśli oczekuje dalszego zwiedzania i spacerowania po sklepach niech sprawdzi najpierw, czy dane miejsce na pewno będzie otwarte – bywa, że nawet kościoły zamyka się w tym czasie na kilka godzin.



Sklepy zaś smutno wyglądają z pospuszczanymi metalowymi żaluzjami. Rozkwitają znów pod wieczór. Spacerując ulicami starych części miasta do naszych uszu co chwila dobiega hałas podnoszonych stor okiennych, a oczom ukazują się skrywane w czeluściach butików skarby. Na czas sjesty nie zamyka się jednak wielkich sklepów, takich jak Zara, Massimo Dutti czy Mango ani supermarketów, szczególnie tych prowadzonych przez imigrantów. Niech głód nie zmorzy podróżnego zbyt wcześnie – restauracje długo są albo puste, albo wypełnione niemieckimi turystami, przyzwyczajonymi do wczesnych kolacji. Żaden jednak szanujący się Katalończyk nie siada do stołu przed dziewiątą. Najciekawszy wybór restauracji znajdziemy w Gràcia, tam poza katalońską kuchnią można liczyć na wszelkie etniczne knajpki. Jeśli więc ktoś nigdy nie siedział na niziutkim drewnianym stołeczku i nie rwał placka z mąki teff, którym nabiera się potem małe kąski położonych bezpośrednio na olbrzymim placku górek pysznych warzyw, czyli nie próbował nigdy dań kuchni somalijskiej – jedynej kuchni świata, jak nam powiedziano, która rozwinęła się całkowicie bez użycia cukru – właśnie tam, w restauracji Abissynia będzie miał okazję przeżyć kulinarną przygodę. Katalońskie tapas można zjeść niemal wszędzie, jeśli jednak ktoś ma ochotę na prawdziwy luksus i stołowanie się w restauracji El Bulli uznanej przez znawców za najlepszą na świecie, musi zarezerwować stolik z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. W dniu kolacji trzeba wyjechać poza Barcelonę do miasteczka Roses, skąd prowadzi nieasfaltowana droga wiodąca na plażę Cala Montjoi i prosto do restrauracji. Szef kuchni, Ferran Adrià, przygotuje niespodziankowe menu (trzeba zdać się na fantazję alchemika kulinariów), za które jednak policzy słono (szacuje się, że rachunek wynosi od 200 euro wzwyż za osobę). 
      

Jeśli podróżny zostaje w Barcelonie po kolacji teraz nadszedł czas, by eksplorować słynne i te mniej słynne niezliczone bary. Niestety we wszystkich można jeszcze palić, co pod koniec dnia – a raczej we wczesnych godzinach porannych, kiedy zmierza się wreszcie na kilka godzin do łóżka – czuje się pod powiekami i w zapachu ubrań. Miejsc, w których przyjemnie jest spędzić czas jest tak wiele, że nie warto zostawać w jednym przez całą noc. Za rogiem przecież mieści się jeszcze lepszy, a trochę dalej – jeszcze bardziej autentyczny, którego żaden turysta z pewnością nigdy nie odkrył... W jednych barach siedzi się przy stolikach, w innych stoi, w niektórych można na zawieszonych pod sufitem oglądać mecze, jeśli akurat gra klub barceloński. Niektóre bary cieszą się sławą osobowości, które tam bywały, inne powstały niedawno i nie kryją swojej lśniącej nowości. Ale czystość i blask nie przystoi i takie bary szybko wypadają z obiegu.





Mieszkaniec Barcelony zachłyśnie się nowością, po czym często wraca do swoich sprawdzonych, starych śmieci, gdzie zawsze może liczyć na przyjacielską pogawędkę z właścicielem czy barmanem, który zdaje się pracować tam od zawsze, i na spotkanie tam przyjaciół.



Kamila Kunda
autorka bloga: "Chihiro o świecie"
Strona: 1 2 3 4 5
Dodaj do ulubionych Dodaj do ulubionych     Poleć artykuł znajomemu Poleć znajomemu     Dodaj swój komentarz Dodaj komentarz     Drukuj artykuł Drukuj
 

Wyślij e-mail rekomendujący ten artykuł

E-mail adresata
 
 
Barcelona – miasto, które nie kładzie się spać
Inaczej zwiedza się miasto podczas pierwszej wizyty w nim, inaczej, gdy widziało się już to i owo ...
Czytaj cały artykuł

 
Twoje Imię i Nazwisko
 
Twój E-mail
 
 

Dodaj swój komentarz do artykułu.
 
Komentarz
 
Autor
 
 
Wasze komentarze
zgadzam się Barcelona piękne miasto :-) w sam raz na wakacyjne zwiedzanie
anilewe 2012-10-02 14:40:04
Byłam, zobaczyłam, zwiedziłam...
Mery 2010-09-15 10:48:08

Wszystkie komentarze są własnością ich autorów. Autor ponosi pełną odpowiedzialność za treść wpisu. Jeżeli wynikną z tego konsekwencje prawne, redakcja może przekazać wszelkie informacje stronom zainteresowanym na temat danego użytkownika oraz pomóc w jego zlokalizowaniu.
Współpraca   Kontakt   Reklama
Copyright © 2017 Perlei. Wszelkie prawa zastrzeżone.
L77Strony internetowe